Press

 

Review of Be Fruitful and Multiply by Stella Rousham

From the Greeks to Keats, humans have always been captivated by beauty – a golden autumn, Classical statues and plastic bags…? This satirical, witty and at moments moving work explores the human obsession with consumption, power, aesthetics and more specifically that of the plastic bag. At the height of climate strikes around

the world, this work could not be more aptly timed in examining human consumption and worship of this material. As we re-enter the stage after the interval, we are met by the dancers perching like Greek Goddesses in soft pastel shades, mirrored by an equally exquisite pile of aqua blue plastic bags upstage. The plastic bag seems to be another fetish and muse under the male gaze. Plastic bags on heads, plastic bags in mouths, plastic bags as socks, Nauman has found every absurd, and at times grotesque, use for a plastic bag beyond its intended purpose. At the same time, Nauman has also captured the disconcerting beauty of them – bags are rustled like the wind or strewn across the stage like a river, a warning perhaps that synthetic materials seem to replicate the beauty of nature, whilst simultaneously destroying it. The lip-synching operatic ode to the ‘Plastic bag’ is comic genius – perfectly timed to not drag out the surprise of the singing, long enough to explore the possibilities. More disturbing images of the ubiquitous nature of plastic are conjured as the bags are dramatically extracted from human insides. The viewers are confronted with riveting questions regarding what do humans value and what will future generations consider the greatest achievements of this epoch.

/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Review of Be Fruitful and Multiply by Izzy Rogers 

Dance Art Journal

We return from the interval for Be fruitful and multiply by Alicja Nauman. Four elegant women, dressed in a palette of icy blue and blush pink, move serenely across the fully-lit space. In silence, they glide towards a mass of electric blue plastic bags messily adorning the floor: an ugly oil spill on the calm, feminine landscape. They pass bags between them in a slow-mo conveyor belt, possessing each in turn, discovering they can fix the bags around their mouths or swinging them on their wrists.

The goddesses luxuriate in this sea of unnecessary waste. Clinging to the bags, they stuff them down their fronts, collecting them like precious objects. The bags are now so numerous they protrude comically, great bulges under their neat clothing. One dancer cradles her plastic-bag baby-bump; the others devotedly tend to her lying between them. Then they release the bags, shaped as if they are little birds. I’m amazed at the many incarnations found by Nauman and how evocative this material is.

The dancers mime regally to operatic song played overhead. The audience collapse with laughter at the absurdity of it all and Nauman’s environmental agenda is pointedly fulfilled – our obsession with plastic is ridiculously out of hand. I enjoyed the slowness and poise of this gallery-fit longitudinal work, which confronts modern issues with such an arch, ironic gaze.

///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Only in Polish

Na:Temat o “Tęczeniu”

“Za zielone “tęczenie” pod Pomnikiem Smoleńskim w Warszawie Nauman została spisana przez policjantów. “Granatowi tancerze chyba byli zaciekawieni tą koncepcją kompozycyjną i towarzyszyli mi przez cały czas! (…) Ja czułam się świetnie i bardzo chciałam tęczyć, oni proponowali zupełnie inną dramaturgię” – napisała na Instagramie.”

///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Wywiad dla Zwierciadła (2018_10)

Alina Gutek

Wystarczam
Alicja Nauman ma lat 25, na spotkanie przychodzi z koszem pełnym ubrań,
które pożyczyła od znajomych i rodziny do swojej akcji „Tęczenie”. Ta
akcja to dowód na to, co się dzieje, jak odpuszczamy.
Ale zanim to nastąpiło, żyła na wysokich obrotach, i to od dziecka. Mama
zawsze podkreślała, że powinna być samodzielna i niezależna, bo ona sama też
taka była.
– To z jednej strony bardzo dobre, bo dziewczyny uczone są zależności – mówi.
– ale z drugiej, to też duże wyzwanie. Tata nie miał wobec mnie żadnych
oczekiwań. Być może dlatego, że sam miał od dziecka wysoko postawioną
poprzeczkę. Oboje z mamą podkreślali, że powinnam robić to, co lubię.
Ala przez całe życie sama śrubowała sobie wymagania. Miała dużo
zainteresowań, dużo brała na siebie w poczuciu, że jak tego nie zrealizuje, to jej
ucieknie. Często rzeczywiście uciekało, bo ciągle się z mamą przeprowadzały
(rodzice szybko się rozstali). Miała 8 lat, kiedy w Paryżu znana primabalerina
Wilfride Piollet zachęciła ją do szkoły baletowej. Ala przygotowała się do
egzaminów, ale akurat wtedy trzeba było wrócić do Polski.
– Ubzdurałam sobie, że bez szkoły baletowej nie mam szans się zrealizować
jako tancerka, a taniec był jedyną przestrzenią, gdzie czułam się wolna. I choć
tańczyłam cały czas: w gimnazjum, w liceum, kilka razy w tygodniu, to nie
wierzyłam, że mogę coś osiągnąć. Taniec w mojej głowie musiał być nie
wiadomo jaki, nieosiągalnie perfekcyjny.
Dlaczego aż tak? Ala nie wie: może przez tę wolność, która dla dziecka bywa
ciężarem nie do udźwignięcia. Może dlatego, że nie chciała zawieść ukochanych
dziadków i rodziców? Trudno było do nich doskoczyć – dziadkowie ze strony
ojca są uznanymi naukowcami, a ze strony mamy – artystami, rodzice też dużo
osiągnęli.
– Fakt, że pochodzę z takiej rodziny ustawia mnie na całe życie. I choć zawsze
miałam świadomość swojego uprzywilejowania i otaczającej mnie miłości,
odczuwałam także duże niewypowiedziane ciśnienie i niepokój, że nie sprostam.
Nadal z tym walczę.
Po licencjacie z etnologii na UJ w Krakowie, wyjechała w samotną podróż do
Nepalu i Indii. Kiedy potem przeprowadziła się z Krakowa do Warszawy, gdzie
studiowała jednocześnie pracując, poczuła, że musi wrócić do tańca.
– Byłam wtedy totalnie zakorbiona na balecie, ćwiczyłam 6 godzin dziennie, po
zajęciach na uczelni i pracy. Do domu wracałam czasem po północy. W końcu
przyszło otrzeźwienie: po co mi coś, co nie sprawia już radości. Postanowiłam:
odpuszczam, bo oszaleję. Zrozumiałam, że muszę się uleczyć.
Szukała innego niż balet ruchu i tak dzięki zachęcie terapeuty odkryła tai chi. I
na tych zajęciach, które polegają na wolnych ruchach praktykowanych w dużym
rozluźnieniu i skupieniu, poczuła, jak jej ciało odpuszcza. Potem było już z
górki. Zafascynowała się nurtem tańca współczesnego – postmodern dance,

bardziej jako choreografka. Z wypiekami na twarzy opowiada o tym, na czym
polega choreografia tańca współczesnego: Otóż nie bazuje już na wymyślaniu
układów tanecznych, które trzeba odwzorowywać, tylko na improwizacji.
Tancerze wypracowują ruch, który jest im bliski, bardziej organiczny.
– Ten ruch może nie zawsze jest doskonały, ale dużo bardziej autentyczny. I
dzięki temu piękny. Dlatego się nim zachwyciłam. Odkrycie, że piękne może
być też to, co niedoskonałe, okazało się dla mnie przełomowe. Uważam że
taniec improwizowany jest cudownym lekiem na perfekcję. A pierwszym
krokiem do wyleczenia się jest zrzucenie z siebie napięcia.
Pamięta dokładnie ten dzień. Niedziela, 25 luty tego roku, Centrum Ruchu, kurs
choreografii eksperymentalnej, ćwiczenia z ciałem, dające przyjemność.
Dziewczyny tańczą, masują się.
– Przygotowywałam wtedy na egzaminy do London Contemporary Dance
School własną choreografię. I doświadczenie na tym kursie było dla mnie tak
niesamowite, że pomyślałam: chrzanię napinanie się, przygotuję choreografię o
błogości. Zapytałam koleżanki z kursu, czy zechcą mi towarzyszyć w tym
projekcie. Od tego momentu spotykamy się, żeby robić błogie rzeczy – od picia
herbaty w ulubionych filiżankach, przez dekorowanie się kwiatami, po taniec. A
ja zdałam egzamin, właśnie zaczynam studia w Londynie. To wszystko bardzo
mnie rozluźniło i uspokoiło. A w takim stanie człowiek przypomina sobie, co
jest ważne. Dla mnie ważne jest odpuszczanie sobie tego, co mnie uwiera, a po
drugie – że wystarczam. To hasło rzuciła kiedyś moja koleżanka, która długo
zmagała się z depresją właśnie na tym tle, że nie jest wystarczająco dobra.
Uważam, że wszystkie kobiety powinny mieć wytatuowane słowo
„wystarczam”. Bo wystarczamy takie, jakie jesteśmy! Ale to nie znaczy, że
mamy totalnie sobie odpuścić. Odpuszczać należy tylko to, co nam nie służy.
Od kiedy odpuściła, ma super relacje z przyjaciółmi i rodziną, dużo podróżuje z
partnerką, odważyła się zmienić zawód i… „tęczy”. Zawsze w innym kolorze, w
pożyczonych od znajomych ubraniach (w ten sposób oni też uczestniczą w
akcji). Na przykład pod Sejmem, na Nowogrodzkiej, pod pomnikiem
smoleńskim, pod Ministerstwem Sprawiedliwości. W jej zamyśle ta pokojowa
akcja ma pokazać aktywistyczny potencjał tańca, budować wspólnotę i
uzdrawiać miejsca, które dzielą. To ważne dla Alicji jako osoby
nieheteroseksualnej. Ludzie przystają, obserwują. Czasem klaszczą, czasem
wyrażają oburzenie. Ale najważniejsze, że rozmawiają.
– Mój taniec nie jest doskonały, improwizuję inspirując się miejscem i tym, jak
ono we mnie rezonuje. Czuję teraz jak twórczo się otwieram. Uznałam, że
byłoby super zrobić warsztaty taneczne dla kobiet, nazwałam je radykalnie
przyjemnymi. I robię. Przychodzą na nie dziewczyny w różnym wieku. Już
wiem, że nie muszę być w tym wszystkim najlepsza. Uczę się być najpierw
średnią. Bo jak się chce być od razu świetnym, to pojawia się straszne napięcie i
ciśnienie. Szkolę się w sztuce odejmowania – żeby nie mieć wszystkiego na raz,
a nawet, żeby mieć mniej, ale sięgnąć głębiej, poobserwować i zastanowić się,

czy to jest to. Cały czas jestem debiutantką w odejmowaniu i wystarczaniu
sobie, ale myślę, że to dobry kierunek.